On leżał, a gdy fajerwerki się uspokoiły podbiegła przeciągając go bliżej tarasu. Janek miał pół twarzy we krwi, ramie też podobnie wyglądało, a w tym wszystkim mój przyjaciel stracił przytomność.
Nagle przybiegł pan Jurek, sąsiad Gromskich.
- O Boże!!!- krzyczał- zlituj się nad tym chłopakiem,on młody!
-Niech pan przestanie i mi pomoże - powiedziałam - nie czas na płacze, trzeba go ratować. Panie Jurku pogotowie!
Mężczyzna zdenerwowany, ja roztrzęsiona. Wnieśliśmy go na taras, na leżak, i owinęliśmy kocem. Chłopak nadal nie odzyskiwał przytomności. Bałam się niesamowicie o niego.
Pozwolili mi siedzieć przy Janku w szpitalu. Pan Jerzy chodził w te i wewte po korytarzu mamrocząc coś pod nosem, ale w głębi duszy wiedziałam, że się ostro obwinia. Jednak nie zwracałam na niego uwagi. Byłam zbyt zajęta myśleniem co się stało z Jankiem. Z myśli wyrwał mnie doktor, który akurat wszedł.
- Panno Dębska, czy tak?- zapytał grzecznie.
- Owszem, to ja.
-Stan zdrowia pani przyjaciela jest krytyczny, ma bardzo dużo obrażeń zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Nie wiadomo do końca, czy się wyliże i ile to zajmie. Mogłaby mi pani opowiedzieć o zdarzeniach jakie zaszły podczas nieszczęsnego wypadku pana Gromskiego?- spytał lekarz.
No więc co innego miałam zrobić? Zamknęłam mocno oczy i wróciłam do zdarzeń jakie nastąpiły jakieś pół godziny temu. Natychmiastowo zaczęłam mówić. Doktor wysłuchał mnie i ciepło mówił, że czasem takie rzeczy się zdarzają, ale trzeba wierzyć, że to minie i będzie dobrze.
Siedzenie na paskudnie niewygodnym krześle sprawiło, że czułam się zmęczona. Byłam przybita i chyba nie było daleko do załamania nerwowego, czy zawału. Gdy tylko rodzice Janka dowiedzą się co nastąpiło już nigdy nie pozwolą nam być razem w Sylwestra, ba nie pozwolą? Oni nie dopuszczą mnie do niego. Będą uważali mnie za jakieś nieszczęście. Jego stan jest krytyczny, a co jak umrze? Co oni wtedy zrobią? Państwo Gromscy nie są przychylni i od razu szukają winowajcy. Jakie piekło zrobią panu Jerzemu. Pozwą go pewnie, albo co innego. Nie byłam w stanie myśleć trzeźwo. Jednak w tamtej chwili przypomniałam sobie o konkursie na piosenkę o BÓLU. Oczywiście, co innego mogłabym opisać w piosence, jak nie wypadek mojego przyjaciela oraz jego utratę. Pisałam co mi do głowy przyszło. Piosenka była zupełnie szczera.
"To, co się stało boli, ale gdy pomyśleć na trzeźwo po jakimś czasie rany goi. Wyjdzie z tego, zobaczysz, a ja mu w tym pomogę". - fragment tekstu piosenki
Może nie jest idealnie, ale tak wyglądały moje uczucie, to krzyczały. Niestety szczera prawda. To musi kiedyś minąć. Będzie dobrze. Nie mogłam powstrzymać płaczu. On... on tak leżał podłączony do różnych sprzętów. Na szyi miał jakieś dziury, przez co podłączyli go do sztucznego oddychanie, czy coś. Na ręce miał czerwone ślady i milimetry brakowały, żeby na przedramieniu i ramieniu widać mu było kości. Do tego upadł na kamienny chodnik. Miał przez to nieźle uszkodzoną czaszkę i odkryli u niego jakieś zaburzenia sercowe spowodowane tym wypadkiem. Jakoś nie wierzyłam w te ich diagnozy, bo były dziwne. Cholernie dziwne. Miałam łzy w oczach.
Zmusiłam się do zadzwonienia po rodziców Janka.
-Dzień... dzień dobry pa... pani- łkałam.
-O Matko Przenajświętsza, Olu mów co się stało, czemu płaczesz?- Pani Karolina Gromska była strasznie zdenerwowana.
-No, bo... przy-przyjedźcie do-do szpitala.- płakałam.
-Ale gdzie?- przestraszyła się kobieta.
-Naj-najbliżej wasz-waszego domu.
Po tych słowach rozłączyłam się i wybuchłam płaczem. Po części czułam się winna za to co się stało. Jednak nie wiem czemu, bo tylko stałam z boku. Może przez to bezczynne stanie?
-O Boże!!! Moje dziecko, mój syn. Pa-panie Jurku, co pan tu ro-robi?- zaczęła płakać.
-Pani Gromska, ja bardzo przepraszam. To wszystko moja wina. Pudełko z fajerwerkami się przewróciło, mimo, że stało na prostej powierzchni, i-i trafiło w biednego Jana. Nie mam pojęcia, jak to mogło się stać.
-O-ooooh- pani Karolina zemdlała. Na szczęście jej mąż-Robert zachował trzeźwe myślenie. Pobiegł do jakiegokolwiek lekarza i prosił o wyjaśnienie. Gdy wrócił był w strasznym szoku.
-Prosz-Proszę pana- zaczęłam nieśmiało- czy, czy pozwolicie mi spotykać się dalej z państwa synem?
-Naturalnie Aleksandro. Przecież to nie twoja wina. Ona jest niczyja. Pan Jerzynie zrobił tego celowo, a wy na szczęście go uratowaliście. Nie wiadomo kiedy on się wybudzi z narkozy. Czy w ogóle się obudzi. Możliwe, że amputują mu rękę i zrobią operacje serca. Będzie cierpiał do końca życia. Na pewno wolałby umrzeć niż być kaleką, ale mu na to nie pozwolimy.
- Nie, nie może. Nie mogą mu amputować ręki, przecież wydobrzeje. - zaczęłam.
- Moje dziecko, w życiu nie zawsze jest łatwo. Każdy czasem musi się poświęcić dla zdrowia. Te obrażenia są nieprawdopodobne dla mnie, no ale cóż. Kochanie idź do domu. Musisz odpocząć.
W domu wcale nie czułam się lepiej. Postanowiłam jednak się uspokoić. Wzięłam gorącą kąpiel i położyłam się do łóżka. Nie mogłam zasnąć, więc postanowiłam wysłać piosenkę. Potem siedziałam na blogu z powieścią, aż w końcu sen zabrał mi rzeczywistą krainę, a przeniósł do fikcyjnej.
Rankiem znów ujrzałam Martusię w moim pokoju. Cóż, nie byłam w stanie o tym myśleć. Upewniłam się, czy wysłałam odpowiednio napisaną (patrz: po angielsku) piosenkę do One Direction. Nagle otrzymałam niepokojący telefon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz