piątek, 22 marca 2013

Rozdział 25

-C-co się dz-dzieje?- zapytałam zdezorientowana łapiąc swoją głowę oburącz.
-Operacja...- wyszeptał Justin.
Chwilę musiałam myśleć, zanim to do mnie dotarło. Nie pytając o nic więcej, położyłam wygodnie głowę na noszach i zamknęłam oczy. To nie działo się naprawdę!

Z Perspektywy Justina

Jebany idiota. Mogłem za nią wybiec, a co zrobiłem? Zostałem i czekałem. Oczywiście przyszedł ten pierdolony Styles. Ola jest mu obojętna, więc wiem, że jej nie kochał. Pocałunek był tylko po to, aby się na mnie odegrać. Cóż... nazwał ją dziwką i zapłaci za to. Obiecuję!

-I co z nią?- zapytałem z nadzieją w oczach lekarza wychodzącego z sali operacyjnej.
-Operacja się udała. Wszystko jest dobrze, z małym problemem.- widziałem smutek w oczach mężczyzny.
-C-co?- zadrżałem. Miałem tysiąc myśli i ani jedna nie była pozytywna.
-Ręka może nie zrosnąć się poprawnie, bo było bardzo mocne połamanie kości na bardzo drobne kawałki. To grozi amputacją, bo każdy taki mały odłamek może uszkodzić coś w rękę.- lekarz położył rękę na moje ramie.
-Dobrze, postaram się, aby do niczego takiego nie doszło.- przytaknąłem.- A mogę przynajmniej zabrać ją do domu?
-Jeżeli pozwolisz, aby lekarze byli na miejscu. Inaczej nie.
-Okej.

Mijała godzina po godzinie. Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Nie potrafiłem żyć bez odrobiny uśmiechu Oli. To przykre. Nagle otworzyły się drzwi a do pokoju weszła pielęgniarka z wózkiem. Siedziała na nim Aleksandra. Była blada jak ściana, jej oczy praktycznie wypełniał żal. Rękoma nie była w stanie poruszać, a co dopiero nogami. Jej wargi były sine, a włosy straciły swój blask. Jej spojrzenie nie miało najmniejszych emocji. Dotychczasowo widziałem w niej tylko piękną, zabawną, roześmianą Olę. Dziewczynę, w której było sto procent szczęścia, sto procent seksu, sto procent miłości, sto procent piękna. Jak taka operacja mogła ją zmienić... Spojrzałem na nią smutno. Jej wyraz twarzy pozostawał kamiennym. Nie mogłem uwierzyć w to, że nikt nie pomógł tej dziewczynie. Ja... ja po prostu byłem rozczarowany... sobą...
Przed sobą miałem smutną, zmęczoną dziewczynę. Nie była w stanie nawet wydobyć cichego dźwięku. Nie potrafiła poradzić sobie z depresją i emocjami, które panowały w środku jej drobnego ciała. Patrzyłem na nią bezradnie. Jeszcze wczoraj było normalnie. No a teraz? Teraz było krytycznie. Każdy najmniejszy ruch mógł spowodować utratę kończyny. Wiedziałem, że się bała wszystkiego co ją otaczało. Ona nawet mnie nie rozpoznawała. Przynajmniej tak myślałem...
-Zabiorę cię o domu, okej?- zapytałem, jednak po chwili zrozumiałem, że to niepotrzebnie wypowiadane słowa. Jej twarzyczka przybrała łagodniejszy wyraz, a kąciki ust prawie niewidocznie się uniosły. Zrozumiałem, że to znaczyło TAK.
-Ja...- próbowała coś powiedzieć, lecz nawet szept sprawiał jej trudność.
-Ciii, skarbie, cii...- pocałowałem jej słabą rękę.- Nic nie mów. Wiem.
Wiedziałem, że ból pchał ją w stronę przepaści, ale jednak się nie poddawała. Miała przeciętą wargę, a na czole głęboką ranę. Była w siniakach i wszelkich ranach i przecięciach. Nie mogłem wytrzymać patrząc na nią w takiej sytuacji.
-Poczekaj.- wyszeptałem wychodząc z pokoju.
Na korytarzu nie było nikogo, więc usiadłem na krześle i włożyłem twarz w ręce. Łzy leciały po moich policzkach. To wszystko sprawiało, że cierpiałem razem z nią nie wiedząc, co ze sobą zrobić, jak pomóc.
-J-Justin?- zapytał ktoś nade mną.
-Czego?- warknąłem ocierając twarz.
Była to Selena.
-Słyszałam o wypadku od Harrego. Biedna Ola...
Nic nie odpowiedziałem tylko przytuliłem ją i zacząłem ponownie płakać.
-Justin...- wyszeptała łagodnie Sel.- Nie bój się swoich uczuć. Ola z tego wyjdzie, zobaczysz. Musisz mieć nadzieję i wiarę.- uśmiechnęła się gładząc mnie po twarzy.
Przypomniały mi się wszystkie chwile spędzone z Seleną. Chciałem, aby tak wyglądały i te z Olą, ale to nierealne. Kurwa, jak chciałbym widzieć ją radosną i rzucającą mi się na szyję.
-Nie wiesz w jakim jest stanie, jak wygląda...- wyszeptałem łamiącym się głosem.
-Nie wiem, ale wolę do niej iść niż udawać, że mnie to nie obchodzi.
Jedną z cech, które kochałem w Selenie było martwienie się o innych. Zawsze wszystkim pomagała. Zawsze była blisko. Zawsze wspierała.
-Tak...- przygryzłem wargę.
Skierowaliśmy się do pokoju, ale kiedy weszliśmy z twarzy Seleny zniknął uśmiech. Zaczęła również płakać, ja instynktownie ją przytuliłem prowadząc do Oli. To już nie była ta sama dziewczyna.
-Olu...- Sel delikatnie przytuliła Olę.
Usiadłem po drugiej stronie łóżka.
-Olu...

Z Perspektywy Oli


Wszyscy siedzieli przy moim łóżku patrząc na mnie jak na trupa. To fakt, byłam nim, szczerze mówiąc, ale bez przesady! Gdy Justin wszedł do pokoju Selena zaczęła płakać. On przytulił ją, co zabolało mnie strasznie. Nie byłam przyzwyczajona do takich sytuacji, ale pierwsze co zrobiłam to było kilka łez. Niewidocznych łez. Jednak chwilę potem wiedziałam, że Justin nie wiedział co robić i przytulił Sel. Widziałam jego zmieszany wyraz twarzy. Widocznie nie był nigdy w takiej paskudnej sytuacji, w której jego dziewczyna miała wypadek, jego była dziewczyna ryczy, a on sam nie wie co ma robić. 
-Justin...- męczyłam się ze słowami.
-Ciii... Odpoczywaj.
Wyszeptałam tekst z mojej ukochanej książki, której nie znałam tytułu. Czytałam ją, gdy byłam mała i czegoś się bałam. Była oczywiście po angielsku.
-I'm not afraid. I'm just me...-ciche słowa wychodzące z moich ust pozwoliły Justinowi i Selenie mocno się zdziwić. 
-Wiem.- uśmiechnął się i pocałował mój policzek. Usta zaczęły mnie przeraźliwie boleć. Miałam zszytą ranę i nie powinnam mówić. To są tego konsekwencje. Cóż, ja zazwyczaj mam najgorzej. 
Selena ścisnęła mocniej moją dłoń, aby wiedzieć, czy wszystko okej. Chyba mogła się domyślić po moim jęku, że niezbyt. Jus zawołał jakąś pielęgniarkę, żeby sprawdziła wargę. Leciała mi krew i zaczęło mnie jeszcze bardziej boleć.
-Zaraz przyniosę sprzęt i zszyję ranę.- powiedziała w pośpiechu młoda kobieta.

Obudziłam się. Za oknem było ciemno. Na zegarku wskazówki pokazywały drugą trzydzieści cztery. Nie mogę zasnąć. Cały czas przeraża mnie myśl, że mogę stracić rękę. To nienormalne, że lekarze nic z tym nie zrobili. Jednak jest coś gorszego. Mam i będę mieć uraz do końca życia. Już nigdy nie zaufam Harremu. Nazwał mnie dziwką, suką i czym nie jeszcze... To boli, ale przemija... U osób, które nie są w zaawansowanej wrażliwości. Niestety, jeżeli będzie coś ode mnie chciał, nie odezwę się słowem. Nie każdego dnia wysłuchuje się, że miało się być czyjąś zemstą za złamane serce. Wiem, że Harry tego żałuje, a Justin jest załamany. Ja nie wytrzymuję psychicznie i fizycznie. Wszystko mnie boli na zewnątrz, jak i w mojej wyobraźni. Uczucie, że ktoś chciał cię tylko wykorzystać jest okropieństwem. Oczywiście, jak mówiłam, zawsze mam najgorzej. Zawsze. Ilekroć siadałam na ławce w szkole, od razu mnie z niej zrzucano. Gdy kiedykolwiek stałam w sklepiku szkolnym, zostałam wywalana na sam koniec. Tu było podobnie. Jednak ja zostałam w tej sytuacji wywalona z równowagi. Nie mogę pojąć, dlaczego Harry nie użył do swych czynów Skyller, Kaśki, Brit lub Nati? Czemu to miałam akurat być ja? Przecież nic mu takiego nie zrobiłam. Teraz w takiej sytuacji nawet mi  nie pomógł. Przez niego mam tak a nie inaczej. Justina nie obwiniam, bo chciał dać mi ochłonąć, ale czy Harry aby na pewno jest taki przyjacielski dla wszystkiego co jest wokół? Hm... Wystarczy mi tylko, że mnie okłamał mówiąc, że mnie KOCHA. No tak, ale ja byłam ta głupia... Mogłam nie dopuścić do niczego takiego i byłoby okej. Gdybym tylko od początku trzymała się planu... Ale... ja nadal mogę go realizować. W sumie, tylko wobec Harrego. Reszta członków zespołu na to nie zasłużyła. Miałam być oschła i niemiła  dla nich. Cóż... to tylko jedyne rozwiązanie problemu z Harrym. Nie jestem w stanie się dłużej nad tym zastanawiać. Zamiast tylko skręconej kostki, mam złamaną rękę, jestem posiniaczona, poraniona i cierpiąca. Jeżeli Harremu na tym zależało to mogę powiedzieć tylko : "Masz, czego chciałeś.". Po tych słowach odeszłabym gdziekolwiek, byle dalej od niego. Rzuciłabym się Justinowi na szyję i poszlibyśmy nad Californijskie morze... Jakby było fajnie. To tylko marzenia, które się prawdopodobnie nie spełnią. Dlaczego zawsze tak jest? - To po prostu moje życie... Moje nędzne życie. Nie zasługuję nawet na Justina. Chociaż nie wiem, czemu mam tak uważać. Przepraszam, ja zasługuję na kogoś, kto się mną zaopiekuje, kogoś kto będzie mnie kochał i pieścił, ktoś kto będzie wspierał. I tym kimś jest właśnie Justin...

~~
Nie jest chyba aż tak przesłodzony, co? :3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz