-Pomogę ci, mamo. Obiecuję...- łkałam.
Nie mogłam odpędzić od siebie tych wstrętnych myśli o śmierci. Teraz liczyła się tylko mama. Nie mogła umrzeć na tą pieprzoną białaczkę. Podniosłam się z bólem i zaczęłam kuśtykać do łazienki. Usiadłam wygodnie w wiszącym fotelu, po czym zajrzałam do środka prezentu od mamy. Zawartość była niesamowicie ważna! Znajdowała się tam kartka od mamy z napisem : "Kochanie, mam białaczkę. Postaram się poradzić z tą chorobą, żeby móc być z wami. Jeśli umrę, zawsze będę przy tobie... Możliwe, że wiesz o tym jako pierwsza. Poradzę sobie, a przynajmniej jestem pozytywnej myśli. Belive me :)" Poczułam natychmiastowe ukłucie serca. Ostatnie słowa dodały mi otuchy. Czułam, że sobie poradzi. Poradzi... prawda? Schowałam karteczkę do środka, ale wtedy zauważyłam jeszcze jedną rzecz. Wyciągnęłam ją; była to koszulka. Koszulka ze mną i moją mamą. Na metce było napisane: "Tak na pamiątkę, skarbie, żebyś o mnie zawsze pamiętała :)" Wstałam i natychmiastowo poszłam do garderoby. Wybrałam czystą bieliznę i założyłam sobie bluzkę. Była biała, czyli, że mam być dobrej myśli. Podbiegłam do szuflady ze skarpetkami i wyciągnęłam różową parę. Następnie ubrałam ciemne jeansy z wąskimi nogawkami. Zajrzałam do plecaczka, żeby upewnić się, czy niczego nie pominęłam. Faktycznie, pominęłam. W środku była jeszcze bluzka w takim samym kolorze i z tym samym nadrukiem tyle, że z długim rękawem. Cieszyłam się, że mama pomyślała, ponieważ było mi cholernie zimno w krótkim rękawku. Przebrałam się natychmiast, a tamtą bluzkę starannie złożyłam i wpakowałam do plecaka. Potem odłożyłam go w bezpiecznym miejscy. Nie chciałam, aby ktokolwiek dowiedział się o białaczce mamy. Oprócz Justina. On już wiedział. Wtedy nie mogłam mu skłamać. Spojrzałam na skarpety. Prawa stopa opuchła mi strasznie, więc szybko zdjęłam ją z nogi. Poczułam przeraźliwy ból na co jęknęłam głośno. Pokuśtykałam do umywalki i umyłam zęby. Spojrzawszy w lustro przeraziłam się. Byłam cała czerwona, łącznie z oczami, i opuchnięta. Przemyłam twarz zimną wodą i wytarłam dokładnie skórę. Rozczesałam sobie poplątane włosy, po czym wyszłam z łazienki. Właściwie to wyskakałam z łazienki na jednej nodze. Pieprzona kostka. Gdy tylko odwróciłam myśli od bólu odruchowo położyłam nogę na ziemi. Natychmiast pożałowałam tego i z krzykiem poleciałam na podłogę. W pokoju zjawił się Justin, a zaraz po nim przybiegł Harry.
-Co się stało, Olu?- zapytał zaniepokojony Justin, gdy Harrego nie było jeszcze w pokoju.
-OLA! Słyszałem krzyki i... co on tu robi?- zapytał zażenowany Harry.
-Ja mogę powiedzieć to samo o tobie, kretynie.- potrząsnął głową Justin.
-Przestańcie, proszę!- krzyknęłam ze łzami w oczach. Ból był niesamowicie silny.- Pomóżcie mi!- jęknęłam.
Harry zaczął iść powoli w moim kierunku, lecz niestety nie był pierwszy. Justin szybko go wyprzedził i wziął mnie na ręce.
-Nie rozpędzaj się, Styles.- zakpił.- Otwórz drzwi, jełopie.
Harry tylko warknął na niego i otworzył drzwi. Wiedział, że robi to dla mnie. Przeszliśmy szybko przez korytarz, a potem Justin wolno znosił mnie po schodach.
-Bieber. Daj mi ją i odpal samochód.
-Ty cholerny....- zaczął Justin.
-Przestańcie się kłócić. Idź odpal samochód Justin, Harry mnie weźmie.- przerwałam mu.- Zaufaj mi.- uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Dobrze.- przygryzł wargę, po czym ostrożnie podał mnie Harremu i wziął kluczyki.
-Harry prowadzisz.- przytuliłam się do niego.
-Nie chcę. Niech on prowadzi.- zaprzeczył.
-Ja wolę, żebyś ty prowadził. Jesteś chyba bardziej opanowany.- uśmiechnęłam się do niego. Chciałam, żeby Justin usiadł ze mną z tyłu. Przynajmniej tutaj mogliśmy trochę pobyć razem.
-N-no... okej.- zgodził się po namyśle.
Zatrzymawszy się przy drzwiach Harry ubrał mi kurtkę, wcześniej sadzając mnie na szafce, a następnie sobie. Justin był w krótkim rękawku, więc zanim wyszliśmy chwyciłam jego kurtkę.
Harry ostrożnie położył mnie na tylne siedzenie dając koc, który trzymał w bagażniku. Nie był zadowolony, że musi prowadzić. Zamknął drzwi i podszedł do Biebera stojącego przy drzwiach auta.
-Słuchaj, coś jej się stało, a my nie wiemy co.- zaczął Harry.- Jedźmy do szpitala. Idź do tyłu; chciała, żebym prowadził.
-Dobra.- warknął do niego Justin.- Mmm... z przyjemnością pójdę do tyłu.- uśmiechnął się łobuzersko, na co oczy Harrego zapłonęły zazdrością. Po chwili jednak zdołał się uspokoić i usiadł na miejsce kierowcy. Justin usiadł koło mnie, a ja swobodnie położyłam swoją głowę na jego kolanach. Natychmiast mnie przytulił.
-Masz kurtkę.- uśmiechnęłam się.
-Dzięki.- Justin zniżył się i pocałował mnie w usta. Harry co chwilę spoglądał w lusterko i z nienawiścią patrzył na Biebera. Czuliśmy się niekomfortowo, więc poprzestaliśmy na tym pocałunku. Justin przytulił mnie do siebie.
Dziesięć minut leżałam w ramionach Justina. Nagle Harry oznajmił nam, że jesteśmy pod szpitalem. Justin nie zastanawiając się wysiadł i wziął mnie na ręce. Powoli kierował się w stronę wejścia. Harry zablokował samochód i podążał za nami bacznie się rozglądając. Przytuliłam się mocno do Justina. On niósł mnie w swoich ramionach, a ja czułam się jakbym była w siódmym niebie. Poprawka, ja byłam w siódmym niebie.
Weszliśmy do szpitala. Harry podbiegł do recepcji, a Justin powolnym krokiem zaczął wchodzić po schodach.
-Justin, ale co ty robisz?- zapytałam zdziwiona.
-Hmm... niosę cię na rękach do jakiegoś lekarza. Harry właśnie załatwia ci pokój, żebyś mogła tu pobyć kilka dni.
-Ale po co?
-Żebyś wyzdrowiała. No właśnie... co ci jest?- zapytał Justin.
-Prawdopodobnie na pewno skręciłam kostkę.
-Oby tylko skręciłaś.
Natknęliśmy się w końcu na jakiegoś lekarza.
-Słucham?- zapytał doktor, nie spuszczając oczu z jakiejś listy.
-Moja dziewczyna prawdopodobnie na pewno skręciła kostkę.- powtórzył po mnie.
-Nazwisko.
-Bieber.
-Bie-Bieber?- zapytał lekarz odrywając się od kartki.- Justin Bieber?
-Tak.- zaśmiał się chłopak.
-Moja córa cię uwielbia.- rzekł wesoło.- Dasz mi dla niej autograf?
-Jasne, tylko chciałbym, żeby ta dziewczyna została wyleczona.
-Oczywiście.- uradował się lekarz.
Justin ostrożnie położył mnie na łóżku. Spojrzałam na szpitalny zegarek. Była za dwadzieścia siódma. Lekarz poruszał moją stopą, na co krzyknęłam głośno.
-Ciii, skarbie, będzie okej.- przytulił mnie Justin.
Ścisnęłam jego rękę tak mocno, jak to tylko możliwe. Justina to nie ruszyło. Był spokojny... Taki opanowany. A ja? Ja wrzeszczałam, jak wariatka, kiedy lekarz lekko dotknął mojej nogi.
-Hmm... To tylko skręcenie.- stwierdził lekarz.- Zostaniesz w szpitalu dziś na noc, bo od samego rana mamy mnóstwo problemów z pacjentami. Za godzinę przyjdę tu sprawdzić, czy się trzymasz i potem znów za jakiś czas przyjdę, żeby zrobić prześwietlenie.
-Ale, czy nie powinno się robić tego od razu?- zapytałam zdziwiona.
-Powinno. Dlatego też chodź.
Doktor posadził mnie na wózek, a Justin pchał go. Doszliśmy do jakiegoś pokoju, po czym lekarz z pomocą Justina przesadził mnie na łóżko. Kazał się nie ruszać, ponieważ trzeba zrobić rentgen. Zostawili mnie tak samą i skazaną na bezruch. Jednak po chwili wrócili.
-Panienko, masz bardzo mocne skręcenie kostki. Nie będę ci tego raczej tłumaczył, bo przecież i tak nie zrozumiesz.- zaśmiał się doktor.
-Okej.
- Przykro mi, że musisz tu zostać.- spuścił głowę Justin.
-Wiem. Mi też.- patrzyłam mu prosto w oczy. Zaśmiał się.- Z czego się śmiejesz?
-Z tego, jaką mam seksowną dziewczynę.
-Pierdolisz.- posmutniałam.
-Wcale nie.
-Jestem w piżamie szpitalnej, bądź cicho.- zachichotałam.
W odpowiedzi pocałował mnie. Odrzuciłam go ode mnie ze śmiechem.
-Nie. Nie możemy. Jestem w stanie krytycznym Justin.- zachichotałam.
-Ej, noooo!
-Tak ogółem to gdzie jest Harry?
-Pojechał do domu i powiedział, że jesteś w szpitalu.
-Okej.
Godzinę później siedziałam sama w pokoju. Justin pojechał do domu chłopaków, aby wziąć potrzebne dla mnie rzeczy. Dokładnie objaśniałam mu co miał ze sobą zabrać.
Przyszedł lekarz.
-No, panienko. Jedziemy założyć gips na nogę.
-Dobrze.
Zawiózł mnie do swojego "gabinetu". Posadził na krześle i zaczął wkładać gips. Po tym godzinnym zabiegu (Robił to baaaardzo dokładnie) wreszcie mogłam spuścić moją nogę. Owinął mi gips jeszcze bandażem, po czym odwiózł mnie do pokoju. Tam czekała na mnie niespodzianka. Na łóżku leżał Bieber.
-Cześć, wróciłem.
-Zauważyłam.
-Słuchaj, skarbie, o co poszło wczoraj tobie i Harremu?
Justin potarł skronie. Skrzyżował ręce na piersi.
-Słuchaj, wczoraj Styles przylazł do mnie do garderoby i zaczął pierdolić, że jesteś jego, i że do siebie nie pasujemy. Wspominał coś, że mamy zerwać. A no właśnie.... całowałaś się z nim?-zapytał podejrzliwie Justin.
-Niestety tak. Zrobił to na siłę, bo nie chciałam.- popłynęło mi kilka łez po policzku.
-Hej, dlaczego płaczesz? To nic złego...- Justin potarł moje ramie.
-Nie chodzi o to, czy to coś złego, tylko o to, że Harry ci to wszystko powiedział. Nie myślałam, że jest taki... taki wredny i fałszywy.- schowałam twarz w dłoniach.
-Nie przejmuj się. Dalej było tylko gorzej. Styles, gdy tylko śpiewałem "Boyfriend" wparował na scenę i odebrał mi mikrofon. Zaczął przy wszystkich fanach gadać o tym, że całuję każdą napotkaną laskę i włóczę się po klubach nocnych.
-Przykro mi...
-To nie wszystko. Na koniec popchnął mnie, a co najgorsza pobiliśmy się przed tysiącami fanów. Jest mi głupio, ale to nie moja wina, że chciał mnie nazwać męską dziwką.- Justin był wkurzony na maksa. Wiedziałam, że zaraz eksploduje i będzie po mnie.
-Uspokój się...- przytuliłam go, ale on nie słuchał.
-Nie dam spokoju, kutasowi, dopóki nie powie, że to jego wina, a co najważniejsze... przeprosi mnie.
-Na pewno, ale...
-Ale co? Będziecie się całować? Nie mała, nie wchodzi grę.
-JUSTIN!- krzyknęłam wściekła.- To, że zmusił mnie do całowania nie znaczy, że mamy to robić. Jestem z tobą, a nie z nim. Niestety chyba już nie.- usiadłam na wózek.
-Ja... przepraszam... nie chciałem...
-Daruj sobie. Już mam dość. Nasłuchała się za dużo.- warknęłam w jego kierunku, po czym wolno wyjechałam z pokoju.
Justin nawet nie próbował za mną biec. Skierowałam się w jakieś ustronniejsze miejsce i zaczęłam płakać. Nagle obok mnie pojawił się Harry. Jestem głupia. Siedziałam na wózku obok schodów, które prowadziły do mojego pokoju.
-Co się stało, Olu?- zapytał niewinnie.
-Jesteś głupi! Nienawidzę cię!- krzyknęłam przez łzy.
-Ale co ja...
-Daruj sobie, nie chcę cię znać!- krzyknęłam, po czym chciałam odjechać, ale niestety zamiast do przodu mój wózek pojechał do tyłu i właśnie spadałam ze schodów.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Na pooooooooomoc!
Nic nie dało moje krzyczenie. Nikt nie był w stanie mnie złapać. Moja złość doprowadziła mnie do wypadku. kolejnego wypadku. Zrobiłam kilka fikołków na schodach. Czułam rozcięcie na palcu i nodze. Poczułam również, że uderzyłam mocno o kant i ręka mocno mnie zaczęła boleć. Gdy byłam już na samym dole poleciałam głową na podłogę i mocno w nią walnęłam. Byłam nieprzytomna.
*Wokół mnie krążyły białe duchy. Uciekałam przed nimi, ale one były wszędzie. Przed sobą zauważyłam kłócących się Harrego i Justina. Moja wściekłość znów powróciła do mnie. Nie byłam na wózku, byłam na nogach. Stanęłam między nimi i obydwóch powaliłam silną pięścią. Duchy nagle zniknęły, Nicość wokół mnie zamieniła się w szpital. Stałam pośrodku i patrzyłam na samą siebie. Leżałam na dole z przeciętą nogą i twarzą. Moja ręka była dziwnie wygięta, co świadczyło, że jest złamana. Na głowie miałam siniaki i leciała mi krew. Odruchowo włożyłam twarz w dłonie, ale gdy tylko spuściłam ręce znalazłam się pomiędzy Justinem a Harrym. To był real. Moja dusza krążyła po prawdziwym świecie. Nie rozumiem.
-Styles! Pierdoli cię do końca?!- zapytał wściekły Justin.- Jak mogłeś za nią nie biec?
-Mogłem się zabić!
-A co jak ona może nie żyć?! Debilu, myślisz?- zapytał Bieber.
-A czemu płakała?
-Bo powiedziałem jej co się stało wczoraj. I chyba lekko przesadziłem. Powiedziałem o dwa słowa za dużo.- Justin rzucił się na łóżko spuszczając głowę.
-Nieważne.
-Co nie jest ważne? - Justin uniósł głowę, a w oczach miał 100 % czystej nienawiści.- To, co się stało nie jest dla ciebie ważne? Ola nie jest dla ciebie ważna?
-Pieprz się!
-Jednak miałem co do ciebie rację. Jesteś tylko kutasem, którego nie obchodzi nic oprócz własnej dupy. Chciałeś, żebym zerwał z Olą tylko dlatego, że nienawidzisz mnie za tamto? Nie moja wina, że twoja laska się do mnie przyssała. Byłem mocno wstawiony. Nie myślałem. Nie funkcjonowałem. Alkohol mną kierował.
-Może i masz rację, ale nieważne. Weź ją sobie. Nie chcę już tego słuchać. Powiem ci jedno... ona jest dla mnie nie ważna.
-Jesteś dupkiem.- Justin zaśmiał się sarkastycznie.- Powiem jej co o niej myślisz. Wreszcie dowie się prawdy. Chciałeś z nią być, aby się zemścić? Nie igraj z cudzymi uczuciami, Styles. Ona ci tego nie puści płazem.
-Pierdol się. To dziwka.
Jak on mógł nazwać mnie w ten sposób? Jak mógł o mnie wygadywać takie rzeczy? To wszystko, co robił było... tylko fikcją?
-Jasne.- znów Justin parsknął sarkastycznym śmiechem.- Teraz to jest dziwka, bo spadła ze schodów. Jest dziwką, bo cię nie kocha. Jest dziwką, bo jest ze mną. Zastanów się nad słowami Styles.- warknął Justin i podszedł do niego z niebezpiecznie zaciśniętą pięścią.
-Tak, jest dziwką. Nie dlatego... Jest nią, ponieważ całuje się z każdym.
-Jasne.- pięść Justina powędrowała w górę i mocno uderzyła Stylesa. Hazza runął na podłogę i ocierał krew, lecz po chwili znów był na nogach i też uderzył Justina...
Pamiętałam tylko, że walkę wygrał Justin. Nic więcej. W głowie mi szumiało.
-Gdzie... Gdzie ja jestem?- zapytałam.
-Jedziesz na operację. Nagłą operację!
Justin wędrował za lekarzami. Miał podbite oko i zakrwawiony nos. To nie był sen! Ja naprawdę tam byłam!
~~
Po dłuższym namyśle stwierdziła, że będę kontynuowała to opowiadanie do końca. Może ten rozdział nie jest zbyt przyjemny do czytania, ale chyba warto to przeczytać, żeby wiedzieć. :3
Pozdrawiam. Rozdziały będą nieregularnie. :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz